
Delegowanie contentu w małym zespole: sukcesy i pułapki
„Oddeleguj content i miej go z głowy” – słyszę tę obietnicę regularnie i trochę niedowierzam. Kiedy content klienta w całości spadał na mnie, zawsze kończyło się to źle. Albo dla contentu, albo dla mnie… Albo w ogóle dla wszystkich 😀
Delegowanie zadań (w naszym przypadku: contentu) oczywiście na propsie, ale palmy, leżak i pełna wolność od treści to raczej iluzja. Przepraszam, że Ci ją zburzyłam. A może nie ma co przepraszać, bo na dobre wyjdzie?
Jestem osobą, która zarówno zleca elementy procesu tworzenia treści, jak i robi je na czyjeś zlecenie – i z tej perspektywy chciałabym opowiedzieć Ci o kilku rzeczach, które zwykle umykają w rozmowach o delegowaniu treści.
[Wyczerpałam limit słowa „delegowanie” już we wstępie, a gdzie tu dalej…]
Delegowanie – oszczędność czasu, ale nie na początku
Zrzucisz z siebie tworzenie treści i zajmiesz się czymś ważniejszym: brzmi jak rozsądny plan. W praktyce jednak możesz przez pierwsze tygodnie mieć więcej pracy niż przed delegowaniem, tylko jest to praca innego rodzaju.
Zamiast pisać posty, odpowiadasz na pytania, dajesz feedback, poprawiasz, tłumaczysz, tłumaczysz jeszcze raz… Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku pracy kreatywnej, a nie polegającej np. na zmianie formatu Twoich treści albo ogarnięciu rzeczy technicznych. To dlatego delegowanie warto zacząć od ustawiania publikacji, wrzucenia gotowej treści w szablony czy montażu. To jest po prostu rów do wykopania 😀 I można łatwo podążać według określonego procesu.
Zlecenie pojedynczej rzeczy, której nie chcemy lub nie umiemy robić, zwykle oszczędza czas. Długofalowe delegowanie treści też, ale nie ma co spodziewać się tego już od samego początku współpracy.
Ojej, ten chaos to aż taki…?
Delegowanie obnaża chaos, niestety.
Ten w plikach czy pomysłach można raczej szybko ogarnąć, są od tego narzędzia. Trochę więcej pracy robi się wtedy, gdy okazuje się, że:
- nie wiemy, co komunikuje nasza marka
- jakim tonem piszemy do klientów
- jakie jest nasze pozycjonowanie
- a jaka propozycja wartości
- co te treści mają w ogóle robić…
Jeżeli my tego nie wiemy, osoba z zewnątrz też nie będzie wiedziała. Zero instrukcji równa się robienie na czuja i według perspektywy drugiej osoby – i nagle Twoje treści nie są już Twoje.
ALERT! Tu nie chodzi o to, że Ty jesteś osobą chaotyczną i że przez to delegowanie się nie uda. To kwestia choćby minimalnych ram komunikacji, w których będzie łatwiej odnaleźć się i Tobie, i osobie, z którą współpracujesz. A do tego treści pewnie będą przynosić lepsze efekty, bo i Twoi odbiorcy łatwiej podejmą decyzję, czy chcą Cię obserwować, czytać, polecać itd.
Zatem zanim kogokolwiek wdrożysz – ogarnij swoją komunikację. Brzmi, jakbym się mądrowała, ale mówię to z doświadczenia, bo mam wsparcie do swoich rolek na Insta. Bez choćby ogólnego zarysu komunikacji poruszałyśmy się jak dzieci we mgle. Coś tam się działo, ale po jakimś czasie chcesz też, żeby działo się z sensem.
Nie potrzeba rozbudowanego brand booka; wystarczy kilka zdań o tym, jak piszesz i do kogo. Jedno proste narzędzie, dzięki któremu wiadomo kto co robi i na kiedy. Miniproces pokazujący jak treść przechodzi od pomysłu do publikacji.
Bez tego delegowanie nie będzie oszczędnością czasu, tylko zamianą jednego stresu na drugi.
Niejasne zadania
Nikt nie siedzi nam w głowie… To w sumie dobrze, ale w kontekście delegowania – najgorzej.
„Zrób coś fajnego na ten temat” albo „wiesz, o co mi chodzi” – to zaproszenie do przekombinowywania, zgadywania i robienia przez drugą osobę czegoś zupełnie innego, niż miałaś na myśli. A potem obie jesteście sfrustrowane i żadna nie bardzo wie, co we współpracy nie gra.
Ona będzie brała wszystko na siebie i spędzała dodatkowe godziny nad zadaniem, próbując się wstrzelić w Twoje oczekiwania, Ty któregoś razu powiesz: „dobra, zrobię to sama” – i po kilku takich razach samą siebie zapytasz, że po co w sumie delegowanie, jak solo robisz to szybciej…?
Cóż, komunikacja is the queen. Im bardziej konkretne zadanie, tym mniej miejsca na nieporozumienia. Co ma powstać, do kiedy, w jakim tonie, z jakim celem? Jedna minuta na doprecyzowanie oszczędza godzinę poprawek.
Nie mam na myśli prowadzenia kogoś za rączkę krok po kroku. To jest super, gdy chcesz dawać komuś wolną rękę – i po jakimś czasie Twoja wirtualna asystentka czy content managerka pewnie pokaże Ci „coś fajnego na ten temat”. Ale dograć i tak się trzeba, a na to potrzeba czasu.
Partnerstwo, nie zlecenie
Jak to jest we wszystkich współpracach 1:1, najlepsze efekty osiągamy, kiedy obie strony są odpowiednio zaangażowane w proces (tu wizja wiecznych wakacji od contentu umarła już na zawsze…).
Ty jako zlecająca jesteś dostępna na określonych zasadach, dajesz feedback w terminie, komunikujesz zmiany, nie znikasz na dwa tygodnie, zostawiając drugą osobę z pytaniami.
Twoja contentowa prawa ręka (dla osób w spektrum: to jest metafora :D) jest proaktywna. Pyta, zanim zacznie przekombinowywać, sygnalizuje, kiedy czegoś nie rozumie, wspiera Cię swoimi umiejętnościami.
Jak się spotkają dwie w miarę ogarnięte, zaangażowane i terminowe osoby, to rozwalicie system, I promise.
Coś nie wyszło? To w procesie, nie w człowieku
Kiedy współpraca nie idzie tak jak powinna, pierwsza reakcja – szczególnie przy ADHD, gdzie emocje potrafią wjechać z impetem – to często „ta osoba się nie nadaje” albo „ja się nie nadaję do delegowania”. A co Ty na to, żeby zapytać: w którym miejscu procesu to się wywaliło?
Czy ta osoba wiedziała, czego oczekuję? Czy miała dostęp do materiałów, których potrzebowała? Czy termin był jasno ustalony? Czy feedback był konkretny, czy był w stylu „coś mi tu nie gra, ale nie wiem co”?
Analiza zamiast emocji – choć wiem, że przy ADHD te emocje też będą (i w sumie dobrze, chujowo się pracuje ze skałą). Dobrze jednak, żeby nie przejmowały sterów, bo często okazuje się, że człowiek jest w porządku, tylko proces był dziurawy. A dziurawy proces to coś, co można załatać dużo szybciej niż skutki bycia targanym przez różne emocje 🙂
Ty i tak musisz być w swoich treściach
Delegowanie treści nie ma Cię zupełnie wykluczyć z tego procesu (więcej o tym przeczytasz tutaj: Twórz sama, deleguj resztę). Najlepiej, gdy jesteś poza etapami, które najbardziej zajmują Twój czas, a do tego są techniczne, żmudne, powtarzalne (i tu szereg innych określeń, od których ADHD się aż jeży). Ale Twój głos, perspektywa i „dlaczego” jest nieoddelegowywalne 😉
Pułapką jest więc oczekiwanie, że zapłacisz i będziesz mieć wszystko poza sobą. Płacisz i masz kogoś, kto pomaga Ci wykorzystywać Twój potencjał na wszystkich contentowych polach sprawniej i z mniejszym kosztem energetycznym.
Delegowanie treści – sukcesy
No dobra, pomarudziłam, jak to ja… Więc podsumujmy tak, żeby to dawało nadzieję na udane delegowanie treści w małym zespole.
Nie ma jednej recepty, ale na te czynniki zawsze warto zwrócić uwagę:
- Komunikacja – jasna i w obie strony. Nie tylko „Daję zadanie/sprawdzam zadanie”, ale też „coś mi nie gra, pogadajmy”. Dobry feedback oraz umiejętność niebrania feedbacku personalnie.
- Cierpliwość – szczególnie na początku. Dotarcie się wymaga czasu i to jest normalne. Jak intuicja Ci mówi, że się z kimś nie dogadasz, to nie zaczynaj współpracy. Teraz dużo osób powie, że oni tam się we współpracach nie potrzebują kolegować, liczy się efekt pracy i zarobiony hajs, a nie dogadywanie się z kimś. Ale te osoby pewnie nie czytają tego tekstu.
- Zaangażowanie obu stron – obie jesteście odpowiedzialne za to, żeby współpraca działała.
- Miniproces – choćby najprostszy. Kto co robi, na kiedy, gdzie to ląduje – bo inaczej chaos się rozmnooooży.
- Szukanie błędu w procesie, nie w człowieku – kiedy coś nie wyszło, sprawdź, w którym miejscu to się wywaliło? Często odpowiedź jest w procesie. I to jest dobra wiadomość, bo proces można naprawić. A czasem chodzi o to, że się nie dogadacie albo współpraca nie spełnia Twoich oczekiwań i można się pożegnać. Życie.
Powodzenia!
zerknij też na wpisy:
-
Przełam strach przed delegowaniem. Jak zrezygnować z kontroli i nie stracić na jakości?
Strach przed delegowaniem ma zwykle konkretną twarz. Twoją własną 😉…
-
Narzędzia do prostego recyklingu treści – Mój must-have
Recykling treści jest jedną z contentowych strategii, które grają na Twoją korzyść. Nie wymaga wymyślania treści od zera ani hiperfokusa na żądanie. Bierzesz to, co już masz, i robisz z tego coś równie wartościowego.